Moje dziecko mnie nie szanuje

Kilka refleksji na temat rodzicielskich niepokojów.

„Moje dziecko mnie nie szanuje” jest według mnie jedną z tych myśli, które potrafią skutecznie zatruć relacje między rodzicami i dziećmi. Jest to truciciel o tyle zdradziecki, że bardzo stary – wybrzmiewał nie raz w myślach i na ustach naszych rodziców i dziadków i zdążył się już na dobre zadomowić w naszej niegdyś dziecięcej, teraz już rodzicielskiej świadomości.

Fakt, że to przekonanie tak powszechnie występuje w naszej świadomości i naszej kulturze sprawił, że choć chciałoby się z nim wewnętrznie podyskutować, i coś zmienić, często okazuje się, że nie bardzo wiadomo jak? Chciałabym się zatem przyjrzeć, co może kryć się pod tym mało konstruktywnym rodzicielskim wytrychem i jak sobie pomóc kiedy nas dopadnie?

Na jakiego dorosłego chcesz wychować swoje dziecko?

Kiedy zadaję rodzicom to pytanie, często obserwuję, jak są rozdarci, pomiędzy różnymi myślami na temat tego, czego życzyliby swojemu dziecku – jakie umiejętności chcieliby aby posiadało, jakimi wartościami się kierowało, by być szczęśliwym, spełnionym człowiekiem a wyobrażeniami, o tym jakie powinno być, teraz, kiedy ma swoje 2,5,7, etc. lat.
Podam przykład. Wielu rodziców z jednej strony ma świadomość, że posłuszeństwo i samodzielne myślenie (które mogłabym również nazwać autonomią, wewnątrzsterownością, odwagą do bycia sobą) to wartości, których realizowanie w relacji z dzieckiem naraz – wyklucza się.
Z jednej strony bardzo chcielibyśmy aby dziecko potrafiło myśleć samodzielnie i podejmować decyzje z uwzględnieniem cudzego (ale także) swojego punktu widzenia (i tym samym w przyszłości na przykład opierać się naciskom grupy rówieśniczej). Z drugiej strony, kiedy w teraźniejszości, w relacji z 2, 4 lub 7- latkiem doświadczają braku reakcji na kilkukrotnie zadawane pytanie, odmowy posprzątania zabawek, lub głośnego „nie!” w reakcji na cokolwiek z naszej strony, pojawia się w nich niezgoda na takie zachowanie, a pod nią często kryjący się niepokój, frustracja, złość, bezradność, czy wściekłość.

Chciałabym być dobrze zrozumiana. Nie mówię, że brak współpracy między dzieckiem i rodzicem jest według mnie czymś pożądanym. Chciałabym powiedzieć, że współpraca między dzieckiem a rodzicem jest czymś innym niż wypełnianie przez dziecko poleceń dorosłego. Chciałabym również dodać, że polecenia są czymś innym niż prośby. A najłatwiej tę różnicę dostrzec obserwując swoje własne reakcje na dziecięce odmowy.
Kiedy oczekuję aby moje dziecko posprzątało zabawki jak bardzo jestem w stanie zaakceptować, że teraz nie chce tego zrobić, bo na przykład jemu te klocki na podłodze nie przeszkadzają?
Kiedy oczekuję, że stanie się to w określonym przeze mnie momencie, dokładnie tak jak sobie to wyobrażam, (czyli, że dziecko samo je sprzątnie) jak bardzo jestem gotowy zrezygnować z mojego pomysłu na rozwiązanie tej sytuacji i zobaczyć co dzieje się w tej chwili z moim dzieckiem i co powoduje jego zachowaniem?

Współpraca ma miejsce wtedy, kiedy zarówno dziecko jak i rodzic mają w sobie zgodę by coś zrobić – pozbierać zabawki, porozmawiać o swoim dniu, albo porozmawiać o tym, kiedy i jak zabawki będą uprzątnięte lub dlaczego zostaną tam gdzie są.
Współpraca stanowi nie tylko pewną wartość w relacjach z innymi ale i umiejętność, której dzieci uczą się między innymi:

– doświadczając współpracy ze strony dorosłych (kiedy dorosły na przykład przystaje na warunki dziecka w zabawie, kiedy pyta dziecko o pomysł, kiedy w ogóle jest zainteresowane poznaniem perspektywy dziecka),
– mając przestrzeń na podjęcie osobistej decyzji – że chcę lub nie chcę się do czegoś przyłączyć. Mam też taką obserwację, że dzieci od najmłodszych lat potrafią współpracować – okazywać sobie troskę, uwagę, dawać zabawki wtedy, kiedy jest to ich autonomiczną decyzją a nie konsekwencją interwencji dorosłego.

Brak szacunku? A może coś innego?

Wracając do sedna – czy dzieci które odmawiają rodzicom, nie reagują na rodziców, „udają”, że nie słyszą rodziców faktycznie ich nie szanują lub z nimi nie współpracują?

A co by było gdybyśmy na moment założyli, że brak szacunku/ brak współpracy nie jest żadnym faktem, tylko naszą interpretacją zachowania dziecka? A w sytuacji w której myślę, że moje dziecko mnie nie szanuje, to możliwe, że myślę sobie, że ono po prostu nie daje mi czegoś, czego ja bardzo potrzebuję. Tutaj pragnę skierować Wasza uwagę na dwie bardzo istotne kwestie.

  • Pierwszą, są niezaspokojone potrzeby stojące u podstaw reakcji dorosłego.
    Czego dorosły może potrzebować w takiej sytuacji? Może chciałby być dostrzeżony, usłyszany, zrozumiany, może chciałby mieć poczucie, że jest ważny lub że to co mówi jest ważne dla dziecka? Może chciałby móc się poczuć komfortowo, chciałby odpocząć, i ma wyobrażenie, że jego poczucie komfortu i odpoczynek zaspokoją właśnie posprzątane zabawki?
  • Drugą kwestią jest to, z jakiego założenia wychodzimy jako rodzice i jako ludzie.
    Czy z paradygmatu władzy i walki o władzę: „dziecko powinno okazywać rodzicowi szacunek, okazuje go wtedy, gdy jest posłuszne, bez względu na własne potrzeby„.
    A może z paradygmatu „złej” natury ludzkiej i negatywnych intencji u podstaw ludzkiego zachowania: „kiedy moje dziecko nie chce mi czegoś dać – to może robi mi na złość, może chce sprawić mi przykrość? Kiedy moje dziecko nie działa po mojej myśli, działa przeciwko mnie.”

  • Ukryte jest tu również założenie, że przyczyną moich uczuć i mojej reakcji jest coś w moim dziecku a nie we mnie samym (jakaś moja niezaspokojona potrzeba).

 

Moje dziecko ma złe intencje.

Zakładanie złych intencji dziecku nie służy ani rodzicom ani dzieciom.
Dzieje się tak, między innymi dlatego, że, jak pisał Jesper Juul, dzieci bardzo chcą z rodzicami współpracować, i paradoksalnie, w konsekwencji tego pragnienia współpracy, mogą ten nasz negatywny obraz swoim zachowaniem realizować. To tylko jedna z potencjalnych konsekwencji.

Zakładanie dziecku złych intencji (że, np. nami manipuluje, że chce po prostu zwrócić swoją uwagę, etc.) tworzy również złudzenie, że mamy dostęp do motywacji drugiego człowieka, bez sprawdzenia, upewnienia się, jak faktycznie jest.

Moje doświadczenie pokazuje mi, że kiedy rodzice zaczynają dostrzegać inną perspektywę, kiedy czują się na tyle bezpiecznie by na chwilę choć zrezygnować z tego pozoru wiedzy, zdejmują ze swoich barków spory ciężar – przymusu traktowania relacji z dzieckiem jako pola walki, w którym kiedy jedna ze stron przejmuję władzę druga automatycznie ją traci.

Kiedy pojawia się przestrzeń na nowe.

Jest taki sposób rozumienia relacji z ludźmi, który pojawia się naprzemiennie w naukach różnych psychologów, pedagogów, terapeutów – Jespera Juula, Miltona Ericksona czy Marshalla Rosenberga i moim zdaniem nieustająco wspiera ludzi w budowaniu relacji opartych o szacunek, otwartość na to co dzieje się ważnego w drugim człowieku (i we mnie samym), co pomaga mi z kimś i przy kimś być w najróżniejszych momentach i daje szansę na budowanie prawdziwej bliskości.

Wspominałam wcześniej o tym, że ważne jest jak sygnały płynące z naszego wnętrza interpretujemy – czy zakładamy, że źródło jest na zewnątrz/w zachowaniu innych, czy w moich niezaspokojonych potrzebach oraz jak interpretujemy zachowania innych ludzi (czy powodują nimi złe intencje, czy potrzeby takie jak moje).
Chciałabym podzielić się właśnie kilkoma takimi założeniami, wspierającymi nie tylko rodziców w szukaniu alternatyw dla tradycyjnego (przyczyna na zewnątrz/inni działają przeciwko mnie) sposobu rozumienia relacji z dziećmi, dzięki którym każda ze stron w relacji ma szansę dostać to, czego potrzebuje (jakkolwiek byłoby to od siebie dalekie, czy różne).

  • U podstaw każdego zachowania stoi pozytywna intencja.
  • Każde zachowanie służy zaspokajaniu potrzeb.
  • Ludzie realizują swoje potrzeby najlepiej jak potrafią – na dany moment swojej wiedzy, rozwoju, samopoczucia, dostępnych możliwości i środków.

By pokazać różnicę między tymi sposobami rozumienia zachowania dzieci wrócę teraz do przykładów omawianych na początku.
Załóżmy na chwilę, że dziecko które nie odpowiedziało rodzicowi, podjęło decyzję by tego nie zrobić. Możliwe, że ono nie tylko nie udawało, że nie słyszy, lecz próbowało powiedzieć swoim milczeniem, najlepiej jak potrafi, że w tym momencie nie jest gotowe, by odpowiedzieć na pytanie dorosłego. Możliwe, że potrzebuje poczuć się bezpiecznie, a pytanie go o to, co było w szkole (kiedy na przykład było trudno) nie jest dla niego komfortowe. Dodatkowo, ono chciałoby po dniu spędzonym w szkole/przedszkolu odpocząć, pobawić się, zająć czymś przyjemnym. Pytanie o to, jak było w szkole nie jest w stanie zaspokoić tej potrzeby.

A niesprzątnięte zabawki?
Jak czuje się osoba, której wydaje się polecenia? Nawet służbowe? Wyobrażam sobie, że polecenia, jakkolwiek nie byłyby uzasadnione pełnioną rolą/obowiązującą relacją, potrafią budzić opór i niechęć.
Co by było, gdyby za dziecięcym „nie” wobec sprzątania zabawek kryło się tak dla jego potrzeby autonomii – możliwości decydowania o podłodze w swoim pokoju, o formie spędzania czasu w danej chwili? Jeżeli w ramach wydawania poleceń realizujemy wzorzec kogoś kto sprawuje władzę i kogoś kto się podporządkowuje, wyobrażam sobie, że dziecko niewypełniające tego polecenia może mieć potrzebę poczuć, że sprzątanie zabawek nie jest elementem kontroli ze strony mamy/taty a sposobem na zbudowanie bliskości i wspólnoty radości z bycia razem z rodzicem (którą można realizować przez wspólne sprzątanie, konkurs na to, kto szybciej wrzuci klocki do pudełka, etc.)

pillow-926382_1280

 

A kiedy 7 latek mówi swojej mamie, że jest głupia? Że jej nienawidzi? Czy może kryć się za tym coś innego poza wyrażaniem braku szacunku? Może potrzeba wyrażenia swoich uczuć? Chęć postawienia granic i powiedzenia najlepiej jak potrafię, że nie podoba mi się, co się dzieje i że jest mi trudno, że coś mnie w środku boli, że cierpię?

Odnoszę wrażenie, że słowa powszechnie uważane za wyraz braku szacunku budzą szczególne emocje wśród rodziców, jako takie, które w ogóle nie powinny mieć miejsca. Tymczasem pojawiają się w słownikach wielu dzieci w określonym wieku i momencie rozwoju zarówno w kontakcie z rówieśnikiem jak i innym dorosłym.

Z reguły w takich sytuacjach pytam rodziców, czy ich dzieci potrafią inaczej? Jak inaczej wyrażają swoją frustrację, bezradność, bezsilność, zmęczenie, zły humor? Czasami okazuje się, że potrafią, czasem, że to zależy od momentu dnia (i poziomu zmęczenia) a czasem okazuje się, że po prostu, nie potrafią inaczej.

Mnie osobiście takie odkrycia dają wiele nadziei, bo oznaczają, że dzieci zawsze mogą się tego nauczyć lub że przy odpowiedniej trosce i uważności można pomóc dzieciom rozwijać te umiejętności które już są.

Eksperymentowanie.

Jak mogłoby wyglądać przełożenie powyższych teorii na praktykę?

Dialog I

Mama: „Kiedy mówisz mi, że jestem głupia, to bardzo się na mnie złościsz, tak?
Dziecko: Aha.
Mama: Chciałbyś jeszcze pooglądać bajki, a ja właśnie powiedziałam Ci, że to już koniec na dziś. Nie spodobało się to Tobie, tak?
Dziecko: Tak.
Mama: Lubisz oglądać tę bajkę, prawda?
Dziecko: Mhmm, bardzo!

Dialog II

Mama: Kiedy mówisz mi, że jestem głupia, to chcesz mi powiedzieć, że bardzo się na mnie złościsz?
Dziecko: Aha.
Mama: I nie lubisz kiedy mówię, że na dziś koniec oglądania bajki?
Dziecko: Tak.
Mama: Widzisz, kochanie, ja nie lubię, kiedy tak do mnie mówisz. Wolałabym, żebyś zamiast tego powiedział, „złoszczę się mamo” (albo „chcę jeszcze pooglądać” albo „nie lubię jak kończy się bajka”). Co Ty na to?

…….

Pokazując przykłady dialogów z omawianymi zachowaniami, chciałabym podkreślić, że:

– kiedy nie skupiam się na samej formie wypowiedzi oraz przekierowuję uwagę na to, co się za zachowaniem dziecka kryje (jakie uczucie, jaka potrzeba) daję dziecku do zrozumienia, że je dostrzegam, że chcę je usłyszeć i zrozumieć. Współpracuję i tworzę swoją reakcją klimat który może pomóc dziecku otworzyć się na mnie.

– formy wypowiedzi dzieci bywają bardzo niedoskonałe, kryjące się za nimi uczucia i potrzeby są uniwersalne i równie ważne, jak potrzeby dorosłych,

– za każdym nawet najostrzej brzmiącym komunikatem dziecka, można znaleźć pozytywną intencję (np. chęć zaspokojenia jakiejś potrzeby),

– mogę wziąć odpowiedzialność za swoją potrzebę bycia traktowanym z szacunkiem i pokazać dziecku gdzie są moje granice – powiedzieć (również z szacunkiem) co mi się podoba, co nie, i czego w tej sytuacji bym chciał(a).
Samym sposobem powiedzenia „nie” już pokazuję dziecku jak może z szacunkiem wyrażać się do drugiej osoby, jak może dbać o siebie i jak inaczej niż do tej pory może się komunikować.

Mając świadomość tego, co się ze mną dzieje, oraz otwartość i gotowość do obierania sygnałów płynących z własnego wnętrza mogę wykonać pierwszy krok na drodze do tworzenia myśli – uczuć i zachowań bardziej służących mnie rodzicowi i mojej relacji z dzieckiem.

Autor: Anna Słaboń

http://www.annaslabon.pl/

Podziel się na: Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone